Strach jako wytrych do cenzury internetu

Po atakach w szkołach rząd od razu wiedział, co zrobić: dać urzędnikowi władzę nad tym, co zniknie z internetu. Problem w tym, że proponowane rozwiązanie nie wynika z dotychczasowych ustaleń dotyczących przyczyn tych zdarzeń.

W środę w Ostrołęce 19-latek ranił nożem dziewięć osób. Według prokuratora krajowego miał w plecaku ładunek wybuchowy. Dzień później w Leszczydole-Nowinach pod Wyszkowem 15-letni, były uczeń zaatakował nożem trzy osoby. Woźna, 37-letnia kobieta, zginęła. Jej rodzinie oraz rannym należy się dziś przede wszystkim współczucie, a nam wszystkim — rzetelna odpowiedź na pytanie, dlaczego doszło do tych ataków.

Rząd nie szukał tej odpowiedzi, ponieważ miał już gotową inną. Minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski zażądał pilnego przyjęcia ustawy o blokowaniu treści w internecie i ogłosił: „Kończymy z patologiami w internecie”. Premier mówił o przemocy w sieci i kulcie siły, a przy okazji po raz kolejny zaatakował prezydenta za weto. Sejm ustawę uchwalił.

Tymczasem policja dopiero sprawdza, czy ataki mogły mieć związek z internetowym „wyzwaniem”. Nikt jeszcze nie wie, co popchnęło tych chłopców do szkół z nożami. Rząd wie jednak, czego potrzebuje: urzędnika, który będzie decydował, co zniknie z sieci.

Warto też zauważyć, co w tych dniach zadziałało. W Sierpcu policja udaremniła planowany atak i zatrzymała 17-latka. Nie przesądził o tym nakaz blokady wydany przez urząd, lecz działania policji prowadzone na podstawie przepisów, które już obowiązują. Groźby i publiczne nawoływanie do przemocy są przecież przestępstwami.

Ustawa nie odpowiada na żadne z pytań, które rodzą te ataki. Odpowiada na inne: kto będzie rozstrzygał, które wypowiedzi w internecie są dopuszczalne. Ma o tym decydować urzędnik, a nie sąd.

Nie kwestionuję potrzeby walki z przemocą, pedofilią czy oszustwami. Polska musi też wdrożyć unijny Akt o usługach cyfrowych. Kwestionuję model, w którym o granicach wolności słowa w pierwszej kolejności decyduje urzędnik, a sąd pojawia się dopiero wtedy, gdy ktoś zdąży wnieść sprzeciw.

Wiem, jak to wygląda z drugiej strony. Dlatego nie wierzę w zapewnienia, że katalog zakazanych treści jest zamknięty i bezpieczny. Obejmuje on między innymi przepisy dotyczące nawoływania do nienawiści i propagowania totalitaryzmu, których granice prawnicy próbują wyznaczyć od lat. Dziś robi to sąd. Po zmianie w pierwszej kolejności będzie to robił urzędnik.

Narzędzie stworzone dziś przez jedną ekipę jutro przejmie następna. Dlatego takie przepisy trzeba pisać z myślą o najgorszej władzy, a nie o najlepszych intencjach — i nigdy w dniu żałoby.

Jeśli państwo chce blokować treści, niech robi to na podstawie decyzji sądu, prowadzi jawny rejestr nakazów i przewiduje odpowiedzialność za wnioski składane w złej wierze. Po atakach w szkołach powinno zaś najpierw ustalić, co naprawdę się wydarzyło. Strach jest złym doradcą, a jeszcze gorszym — legislatorem.